Moja Pasja część 5

Zaczął się kolejny  kalendarzowy rok 2014 wiedziałem już, że na rozpoczęcie sezonu łódki nie zwoduję, nie miałem jeszcze żagli oraz przyczepy podłodziowej. Zacząłem intensywnie przeglądać oferty sprzedaży lawet na stronach internetowych, były różne , do remontu, które wymagały wkładu finansowego i czasu na przeróbki. Były też za dość duże pieniądze już przygotowane oraz za bardzo duże pieniądze wspaniałe i nowe. Zastanawiałem się też czy nie podjąć się budowy lawety, na szczęście weszło rozporządzenie o nie rejestrowaniu przyczep typu SAM. Zaczęła się wiosna, marzec znalazłem nareszcie lawetę, co prawda nie podłodziową ale samochodową, stwierdziłem ze dam radę przerobić i dostosować ja do moich potrzeb. Jeszcze tylko wyprawa z kolegą po upatrzony sprzęt do pobliskiej miejscowości, negocjacje i powrót z nabytkiem do domu.

                                                                   .DSC_0255     DSC_0280

Laweta po przedłużeniu dyszla

 

Otworzył mi się nowy front robót i z niecierpliwością czekałem lepszej pogody zbierając potrzebne akcesoria i materiały.

Łódka natomiast w drewutni czekała na żagle które zamówiłem w gdańskiej żaglowni. Oczywiście nie obyło się bez korespondencji mailowej precyzującej zamówienie, dodatkowych pomiarów i czasem telefonów. Czas oczekiwania –z oferty – to miesiąc a ja czekałem ponad 2 miesiące, koszt żagli też dla mnie nie mały ale opłaciło się , żagle przyszły kurierem pięknie uszyte i najważniejsze, leżały na maszcie jak garnitur szyty na „obstalunek” – nic się nie marszczyło, czułem się zadowolony.

 

z zaglami

Łódka już na dworze przyzwyczajała się do słońca, żagle wciągnięte na próbę pasowały idealnie. w ta zwanym „międzyczasie” zakańczałem liny, dopieszczałem szczegóły i  detale wyposarzenia, czasem wykonywałem drobne poprawki.

Z przyczepą było dużo pracy, od czyszczenia ogólnego po zmianę łożysk, linek i szczęk hamulcowych. Musiałem tez wydłużyć dyszel i zrobić tylną belkę oświetleniową.

Ostatnim elementem było otwarcie się na drogę, czyli zdjęcie siatki i wycięcie słupka i murku ogrodzenia.

DSC_0445Nareszcie lub dopiero byłem gotów na wodowanie 1 września, właściwie koniec sezonu ale chciałem postawić moją łódź na wodę, dobalastować i zobaczyć na własne oczy efekt moich lat dłubania – czy warto było ?.

SDC18947

DSC_0450

Stawianie na lawecie  DSC_0454

Rano z kolegą i częścią rodziny zawieźliśmy łódkę postawioną na lawecie i przypięta pasami na pobliski zbiornik wodny, w połowie drogi nad wodę odpadło lewe koło w lawecie, odkręciły się śrubki, które za słabo przykręciłem podczas wymiany łożysk i szczęk hamulcowych na szczęście  wszystkie znaleźliśmy i w drodze naprawiliśmy awarię.

DSCN1145 - Kopia

DSCN1144 - Kopia

Wodowanie odbyło się bez problemów, wszystko gładko, łódka z gracją ześlizgnęła się do wody. Zacumowałem we wskazanym miejscu, wcześniej jeszcze na lawecie postawiliśmy maszt. Muszę przyznać, że podobała mi się unosząc się na wodzie i żwawo reagując na ster popychana pagajem gdyż silnik był dopiero w planach zakupu.

SDC10122

SDC10141

SDC10151

Przyjechałem do domu pełen emocji zostawiając łódkę samą przy pomoście. Dopiero za tydzień miałem ja zobaczyć a nie byłem przyzwyczajony do jej zostawiania na dłużej.

Minął tydzień, zaplanowaliśmy sobie formalny chrzest łódki, zaproszona była najbliższa rodzina. Pogoda nas nie zawiodła, była gorąca wrześniowa niedziela, na wcześniej zarezerwowanym  miejscu pod parasolem i ławeczkami zrobiliśmy grilla i bawiliśmy się długo i przyjemnie. Jacht otrzymał imię „INAR”.

SDC10227SDC10247SDC10256

INAR cumowała cały miesiąc w małej marinie blisko domu, pływałem na niej w weekendy notując drobiazgi do poprawy które planowałem usunąć podczas zimowych wieczorów w mojej drewutni, miejscu zimowania łódki.SDC10203Pierwszy pasażer na „gapę” traktowałem go jako szczęśliwą wróżbę na następny nadchodzący czas.

Tak oto kończy się historia budowy pewnej łódki i zaczyna drugi etap jej eksploatacji.

P.S mam już pantograf, silnik i wewnętrzną linię paliwową.

 

Category: Bez kategorii

Moja Pasja część 4.

Kolejnej wiosny, gdy zamknałem przestrzeń łódki sztorc i suw klapą postanowiłem wypchnać ją z mojej stoczni na „świeże powietrze”, pierwszy raz aby zobaczyć ją z pewnej perspektywy większej niz wyciągnięcie ręki. nie było to trudne gdyż od dawna stoi na drewnianej ramie na kołach zdobytych od popularnego w owych czasach samochodu wyczynowego Polski Fiat 126p.

Obejrzałem  łódkę ze wszystkich stron, oczywiście miałem zastrzeżenia i mam je nadal, ale aby kiedykolwiek skonczyć budowę musiałem iść na kompromis w wykonaniu . Jeśli skończę już budowę, postawie na wodzie i .. .będzie pływała wtedy będę poprawiał niedociągnięcia jeśli będzie to możliwe oczywiście.

Pooglądałem, pozamiatałem drewutnię schowałem łódke i dalej do tworzenia. Gdy było zimno i nie miałem mozliwości budowy  szukałem w sieci składów drewna egzotycznego gdzie mógłbym kupić niewielką ilość iroko z którego to chciałem zrobić pokład oraz drobne elementy wykończenia. Tak sie złożyło że w niewielkiej odległości od mojego zamieszkania znalazłem co chciałem .  Kupiłem belki grubości 70 mm, szerokości od 17-22 mm i długości 2100 mm . Byłem bardzo z nich zadowolony, zacząłem ciąć je na planki grubości 5 mm i szerokosci 50 mm. Prace wykonywałem na pile tarczowej widiowej o grubości 3 mm i dość dużo materiału szło w trociny ale nie było rady. Poszło mi to dośc szybko. Zacząlem przygotowania do klejenia własciwego pokładu z iroko. Zakupiłem przez internet uszczelniacz , zgromadziłem zapas żywicy epoksydowej. Wybrałem tą metodę ze względu na mniejszy koszt klejenia, uszczelniacz był droższy. Oczywiście małem i mam watpliwości czy dobrze wybrałem, cóż, okaże się z czasem.

Klejenie planek szło mi nieźle , nawet polubiłem tą pracę ale wygięcia listew na półpokładach były najtrudniejsze. Zdarzały sie pęknięcia

Category: Bez kategorii

Moja Pasja część 3

„Najdłużej trwająca budowa łódki w III RP ” – takim tytułem mogłem nazywać opisy budowy mojej Pasji, ponieważ ona nadal trwa a nieubłagany czas płynie… Krok po kroku z chaosu wyłaniają się kształty i detale, lecz nadal za mało, aby postawić ją na wodzie. Niemniej jednak łódka wygląda coraz kompletniej, a według mnie i ładniej. 02 Po odwróceniu kadłuba zacząłem montaż nadbudówki, którą chciałem wykonać z oklejonej laminatem sklejki i dachu z klepek dębowych zalaminowanych płótnem szklanym i przyklejonymi plankami iroko. Sklejkę wyciąłem, dopasowałem skosy do szkieletu – nawet poszło łatwo. Następnie musiałem z desek dębowych wyciąć „boazerię”, z której ułożyłem dach kabiny. Pasowałem, przycinałem, szlifowałem i numerowałem listwy, aby móc wrócić po rozmontowaniu całości i pomalowaniu ich wewnętrznej strony do takich samych ustawień. Niestety zajęło mi to trochę czasu, ale efekt po zaklejeniu całości był – uważam niezły.

01

Kolejne zadanie – wyciąć otwór na luk oraz zrobić suwklapę i sztorcklapę. Z lukiem poszło sprawnie, skorzystałem z porad „szkutnika amatora”, bardzo cenię sobie uwagi i rozwiązania techniczne tam zawarte. Prowadnice suwklapy wyciąłem z listew iroko przykręcając długimi wkrętami i klejąc je do dachu nadbudówki. Samą klapę zrobiłem ze sklejki, ukosując ją po bokach, laminując tkaniną szklaną i oklejając plankami. 05 poklad-3Minął już cały proces cięcia planek i klejenia pokładu. Teoretycznie byłem przygotowany, poczytałem, porozmawiałem z kolegami „po fachu”, przygotowałem narzędzia. Kleiłem na żywicę epoksydową zagęszczoną pyłem drzewnym. Zdecydowałem się na tą metodę ze względów ekonomicznych, po prostu miałem żywicę. Gorszą stroną tej metody było czyszczenie fug między plankami po wyschnięciu, dość trudna operacja, ale znalazłem metodę bardzo szybką – używałem szlifierki kątowej, dawała niezły efekt w krótkim czasie. Pokład kładłem etapami zaczynając od góry, schodząc stopniowo w dół. Każdy etap czyściłem i fugowałem Sikaflexem 290DC prawie na gotowo. Piszę prawie, bo ostateczne czyszczenie drobnym papierem zostawiam na zakończenie budowy przed olejowaniem pokładu. Uporałem się wreszcie z pokładem, ławkami i podłogą kokpitu, wyczyściłem i wyfugowałem. Pociąłem następne dwie deski iroko z myślą o zrobieniu listew odbojowych, niestety deski krótkie, trzeba łączyć. Przy pomocy struga elektrycznego dopasowałem skosy i pokleiłem. Wyszły 2 listwy o długości prawie 7 mb, które wcześniej powierciłem pod wkręty i kołki maskujące. Podpierając, podwiązując i naginając przykręciłem odboje, smarując miejsca styku sikaflexem, z każdym detalem łódka  wygląda ładniej . Następnie wkleiłem w ramki okna poliwęglan, również na sikaflex, obsadziłem wentylatory i przykręciłem handrelingi. W taki oto sposób, część do części montuję poszczególne elementy, co mogę wykonuję sam, np. lampy diodowe do mesy, stójki relingu itp. Zmniejsza to koszty i daje satysfakcję z wykonania. 061   Proces tworzenia nadal trwa… Przede mną kosz z kaczym dziobem, malowanie burt; później przeniosę twórczość do środka o czym poinformuję – jedynie terminu kiedy to nastąpi dzisiaj jeszcze nie znam… 04 03

Category: Bez kategorii

Moja Pasja część 2

Minęło kolejnych kilka sezonów, więc pragnąłbym kontynuować opowieść o budowie łódki, a właściwie – jak nie należy jej budować, bo myślę, że będę rekordzistą księgi Guinessa w czasie budowy…to nie miesiące, ale lata, cóż od ostatniego mojego pisania minęło ponad 4 lata – Jak ten czas płynie!!! Przez dwa sezony nie robiłem nic, z różnych powodów brakło mi czasu.

Niemniej jednak jakieś różnice widać, a więc: zdołałem pokryć kadłub laminatem. Do pokrycia pierwszej warstwy użyłem płótna a następnie maty szklanej. Pokrywałem etapami, nie zastosowałem metody „mokre na mokre”, gdyż nie dałbym sobie sam rady, a o pomocników trudno. Po ułożeniu pierwszej warstwy odtłuściłem powierzchnię i usunąłem drobne nierówności przygotowując grunt pod drugą.

Na części dennej dołożyłem dodatkowo trzecią warstwę, tak „dla spokoju duszy”, zdając sobie sprawę z wagi balastu. Gdy już nacieszyłem się zakończeniem laminowania kadłuba, należało zastanowić się, co dalej i jaką wybrać metodę szpachlowania, bo powierzchnia daleko odbiegała od ideału.

HPIM5621

HPIM5619

W „międzyczasie” zrobiła się kolejna jesień i musiałem zminimalizować działania ze względu na temperaturę otoczenia. Szpachlowanie – naczytałem się wiele o metodach i sposobach, ale stosując każdą z nich trzeba było się nieźle napocić. Dochodziła jeszcze ilość, dostępność i cena szpachli, którą trzeba użyć. Wahałem się, czy użyć epoksydowej, czy poliestrowej, ta druga jest znacznie tańsza ( na bazie „mikrobalonów szklanych) i dostępna. Zaryzykowałem, kupiłem szpachlę poliestrową, samochodową. Przygotowałem podłoże jak należy i zacząłem….szpachlowałem i szlifowałem, szpachlowałem i szlifowałem. Zatarłem dwie szlifierki, odwiedziłem wiele razy sklep ze szpachlą, ale na wiosnę byłem gotowy do położenia podkładu.

DSC00253

 

Zagruntowałem, zrobiłem małe korekty, podczyściłem drobnym papierem i byłem przygotowany na następny krok, czyli malowanie. Pierwszą warstwę położyłem wałkiem, nie byłem zachwycony efektem, więc przyniosłem kompresor i pistolet, zmontowałem sprzęt i jazda. Oczywiście chciałem pośpieszyć i porobiłem trochę nacieków, które następnie musiałem przeszlifować. Trzecia warstwa wyszła mi już znośnie. Na niej poprzestałem malować, następne położę już „na gotowo” po zakończeniu prac budowlanych.

HPIM6217

Po etapie malarskim dokończyłem przygotowania „łoża balastu ”, czyli wyrównałem naturalną krzywiznę kadłuba w miejscu jego mocowania i nawierciłem otwory pod śruby mocujące

 

Aby móc pracować dalej, należało odwrócić kadłub. Dobrze, że w zimowe wieczory w „międzyczasie”, przygotowałem osie z kołami ( miałem akurat koła od fiata 126). Zostało mi tylko zmontować i spasować wózek z krawędziaków drewnianych i desek. W ciepły sobotni ranek zebrałem kolegów, wspólnymi siłami i przy pomocy wciągarek odwróciliśmy kadłub już po raz ostatni i postawiliśmy na wózku. Akcja udała się i nie trwała długo. Zacząłem następny etap zabudowy wnętrza i nadbudówki, który trwa…

Category: Bez kategorii

Moja Pasja część 1

28.01.2005

Przeglądając w internecie witryny o tematyce żeglarskiej, natknąłem się na cykl artykułów pt. „Moja łódka, czyli zwierzenia szaleńca” pana Piotra Targowskiego. Zagłębiając się w treść artykułów zauważyłem niebywałe podobieństwo problemów z którymi borykał się pan Piotr budując swoją wymarzoną łódkę do moich. Ja również kupiłem dawno temu plany Pasji 620, byłem bardzo radosny i pełen chęci do jej budowy, gdy otwierałem je pierwszy raz i oglądałem. Wszystko na pierwszy rzut oka wyglądało prosto, ale tylko na pierwszy…

Nie pamiętam już teraz ile godzin straciłem przeglądając te plany i rozważając w myślach ich realizację. Musiałem zrobić sobie wersję roboczą planów, bo oryginały dawno rozpadły by się od ciągłego ich rozkładania . Zacząłem więc od wyrysu wręgów, to poszło w miarę sprawnie. Chciałem, aby ta moja łódź była zbudowana mocno i rzetelnie więc zdecydowałem się wręgi kleić z cienkich listewek, a nie wycinać z desek, tym bardziej, że nie miałem zbyt szerokich (kupiłem wcześniej 1 m³ sosny nieobrzynanej grubości 25 mm, która schła mi na strychu od ponad 2 lat). Wybrałem ładne okazy desek i zacząłem cięcie na pile tarczowej , którą zrobiłem jeszcze wcześniej – zbudowałem tez frezarkę i strugarkę, wszystko z myślą o łódce ze snów.

Była jesień, pogoda wiadomo, nieszczególna, a ja ciąłem w swoim garażu te listewki na wręgi. Gdy już miałem niemałą wiązkę zacząłem kombinować w jaki sposób nadać tej masie odpowiedni kształt.

Zbudowałem pierwszy szablon na grubej sklejce wg wcześniejszego wzoru, smarowałem listwy i składałem razem skręcając ściskami stolarskimi z szablonem. Pomysł sprawdził się lecz nie było to szybkie działanie, do każdej wręgi musiałem zmieniać szablon ale udało mi się do wiosny zrobić wszystkie wręgi łącznie z pawężą.

Byłem z siebie zadowolony lecz znajomi nie bardzo wiedzieli dlaczego, oglądając moją kilkumiesięczną pracę. Tym się jednak nie przejmowałem i dalej brnąłem w tą budowę rozglądając się za dużą dębową deską na stępkę. Oczywiście, takiej długości nigdzie nie mogłem dostać, więc w tartaku kupiłem krótszą ale grubszą.

Nie złączyłem jej na zakos, lecz pociąłem na listwy i skleiłem na „mijankę” –  wyszło dobrze i wyglądało”mocno”.

Stanąłem przed kolejnym problemem, garaż okazał się za krótki na moją konstrukcję pomijając fakt, że parkowałbym pod chmurką przez dłuższy czas.

Wynajęcie pomieszczenia nie wchodziło w grę, więc zwróciłem swoją uwagę na budowę wiaty gospodarczej, ale to nie takie proste jak się wydaje – plany, mapki, uzgodnienia, pozwolenia i bardzo, bardzo dużo cierpliwości, koszty też znaczne, chociaż redukowałem je jak mogłem robiąc dach, bramę i okno samodzielnie. Miałem nareszcie miejsce do pracy; chociaż cały rok straciłem, to już nie musiałem stresować się, że komuś przeszkadzam – gaszę światło i wychodzę… Gdy wiata była gotowa już nie mogłem doczekać się, aby wreszcie to wszystko połączyć w całość, nie miałem jednak helingu. Wybrałem się więc z synem do tartaku oddalonego o ok. 1 km i na ręcznym wózku przywieźliśmy dwie krokwie 14 cm x 9 cm dł 7,2 m, które zaraz złączyliśmy poprzeczkami w dużą drabinę.

Zacząłem łączyć te puzle w całość, szło opornie, ale do przodu. Drobne problemy rozwiązywałem w myślach przed snem, usypiałem dość szybko, ale rano miałem jakieś rozwiązania.

Gdy szkielet już stał i był stabilny zacząłem pokrywać go listwami, które pociąłem własnoręcznie w czasie budowy wiaty. Drewno miałem suche jak przysłowiowy pieprz, ale jakość nie była najlepsza, dużo odpadło na oflisy i sęki, które musiałem wycinać, szczęście, że kupiłem więcej tarcicy.

Pierwszą parę listew szerszych zrobiłem z dębiny (zostało trochę ze stępki), następne już z sosny. Zacząłem wybierać te najdłuższe, lecz bardzo szybko skończyły się i musiałem niestety sklejać z kilku kawałków (bardzo tego nie lubiłem).Z początku łączyłem listwy skręcając ściskami stolarskimi i zbijając sztyftami – które wykonałem samodzielnie tnąc drut miedziany na odpowiednią długość i ostrząc na szlifierce każdą sztukę, a zrobiłem tego 7kg. Straciłem dużo czasu szukając odpowiedniego materiału, przypadek dopiero sprawił, że byłem w warsztacie napraw telekomunikacyjnych i zauważyłem drut, który był idealny dla moich potrzeb – piękny błyszczący i odpowiedni, musiałem go mieć.

lv08

 

lv51

Gdy listew było więcej, a ściski już za krótkie, wykonałem z płaskownika haki lekko wygięte w łuk z powieszoną na dolnej części cegłą ołowianą – ołów gromadziłem na balast wewnętrzny. Patent zdawał egzamin, tylko musiałem uważać aby nie spadło mi to „ustrojstwo” na nogi, bo musiałbym chyba zmienić wyposażenie jachtu dla inwalidy. Poszywałem i poszywałem, aż skończyłem – chyba dopiero po siedmiu miesiącach. Akurat zrobiła się znów kolejna jesień, zrobiło się zimno i mogłem tylko wycyklinować kadłub oczekując wiosny.

lv42

Zimą nie leniuchowałem, wykonywałem jakieś drobne okucia, saling, ster spawałem z blachy nierdzewnej, którą kupowałem na lokalnych złomowiskach (całkiem ładne kawałki blach za 1/10 ceny). Jedynie balast (wybrałem wersję balastowo- mieczową) zleciłem wykonać, bo w żaden sposób nie mogłem obrobić stali o grubości 30 mm. Profil masztu i bomu kupiłem, zamawiając wcześniej w hucie w Kętach. Okucia masztu i bomu, want i sztagów wykonałem natomiast własnymi siłami tj. młotem i szlifierką (spawy automatem wykonywał spawacz). Myślę że wyszły ładnie, nie różnią się prawie od kupnych, a bilans ekonomiczny dodatni.

ster1

zlew2

B

A

a3

DSC00429

Na wiosnę gdy aura pozwoliła i uzyskałem temp.15°C zacząłem zabudowę wnętrza – koje w forpiku, podwójną na rufie, jaskółki, pomieszczenie wydzielone na ubikacje turystyczną. Ścianki robiłem ze sklejki liściastej III gatunku oklejając laminatem gr.1,5 mm w kolorze mahoniu. W konstrukcji zabudowy zmieniłem jedynie strony koi rufowej i bakisty gdyż jakoś lepiej pasował mi układ kambuza, a nie ma to wpływu na warunki techniczne jachtu. W chwili obecnej wkleiłem kokpit, wyciąłem otwór na trzon steru.

HPIM3467

6

13

16

Tak właściwie wygląda zaawansowanie moich prac w wielkim skrócie, a w chwili obecnej czekam na kolejną wiosnę malując elementy wnętrza lakierem. Gdy tylko będzie to możliwe (temperatura) mam zamiar pokryć kadłub płótnem i matą szklaną, wyszpachlować i pomalować (żywicę i płótno już mam).

a1

 

Na wiosnę rozpocząłem zabudowę wnętrza

Wiem jak wykończę tę moją łódkę, ale nie znam nawet w przybliżeniu daty wodowania, nie planuję, aby nie zapeszyć. Podobnie jak pan Piotr często siadam przyglądając się temu co zdołałem zrobić. W takim letargu mogę trwać nawet 20 min. zanim wyjdę z mojej „drewutni”. Zdaję sobie sprawę ile mnie jeszcze czeka pracy, ale jest to dla mnie w dalszym ciągu duża przyjemność, wszystko od początku robiłem tylko sam, nikt mi nie pomagał i niech tak zostanie. Być może budowa Pasji nie posuwa się w zawrotnym tempie, ale systematycznie idzie do przodu. Znajduję mimo to czas na żeglowanie z rodziną na Venusce przyjaciół.

 

Nie piszę tych słów, aby udowadniać jakie problemy piętrzyć mogą się przed budującym, ale jaką przyjemność dać może budowa, mimo pewnych trudności. Przyjdzie czas, że postawię efekt wieloletniej budowy na wodzie i jeśli nie zatonie od razu, będzie pływała wiele lat rozwiązując problemy spędzania wolnego czasu i wakacji .

fot. Artur Połys

Category: Bez kategorii