Monthly Archives: Styczeń 2005

Moja Pasja część 1

28.01.2005

Przeglądając w internecie witryny o tematyce żeglarskiej, natknąłem się na cykl artykułów pt. „Moja łódka, czyli zwierzenia szaleńca” pana Piotra Targowskiego. Zagłębiając się w treść artykułów zauważyłem niebywałe podobieństwo problemów z którymi borykał się pan Piotr budując swoją wymarzoną łódkę do moich. Ja również kupiłem dawno temu plany Pasji 620, byłem bardzo radosny i pełen chęci do jej budowy, gdy otwierałem je pierwszy raz i oglądałem. Wszystko na pierwszy rzut oka wyglądało prosto, ale tylko na pierwszy…

Nie pamiętam już teraz ile godzin straciłem przeglądając te plany i rozważając w myślach ich realizację. Musiałem zrobić sobie wersję roboczą planów, bo oryginały dawno rozpadły by się od ciągłego ich rozkładania . Zacząłem więc od wyrysu wręgów, to poszło w miarę sprawnie. Chciałem, aby ta moja łódź była zbudowana mocno i rzetelnie więc zdecydowałem się wręgi kleić z cienkich listewek, a nie wycinać z desek, tym bardziej, że nie miałem zbyt szerokich (kupiłem wcześniej 1 m³ sosny nieobrzynanej grubości 25 mm, która schła mi na strychu od ponad 2 lat). Wybrałem ładne okazy desek i zacząłem cięcie na pile tarczowej , którą zrobiłem jeszcze wcześniej – zbudowałem tez frezarkę i strugarkę, wszystko z myślą o łódce ze snów.

Była jesień, pogoda wiadomo, nieszczególna, a ja ciąłem w swoim garażu te listewki na wręgi. Gdy już miałem niemałą wiązkę zacząłem kombinować w jaki sposób nadać tej masie odpowiedni kształt.

Zbudowałem pierwszy szablon na grubej sklejce wg wcześniejszego wzoru, smarowałem listwy i składałem razem skręcając ściskami stolarskimi z szablonem. Pomysł sprawdził się lecz nie było to szybkie działanie, do każdej wręgi musiałem zmieniać szablon ale udało mi się do wiosny zrobić wszystkie wręgi łącznie z pawężą.

Byłem z siebie zadowolony lecz znajomi nie bardzo wiedzieli dlaczego, oglądając moją kilkumiesięczną pracę. Tym się jednak nie przejmowałem i dalej brnąłem w tą budowę rozglądając się za dużą dębową deską na stępkę. Oczywiście, takiej długości nigdzie nie mogłem dostać, więc w tartaku kupiłem krótszą ale grubszą.

Nie złączyłem jej na zakos, lecz pociąłem na listwy i skleiłem na „mijankę” –  wyszło dobrze i wyglądało”mocno”.

Stanąłem przed kolejnym problemem, garaż okazał się za krótki na moją konstrukcję pomijając fakt, że parkowałbym pod chmurką przez dłuższy czas.

Wynajęcie pomieszczenia nie wchodziło w grę, więc zwróciłem swoją uwagę na budowę wiaty gospodarczej, ale to nie takie proste jak się wydaje – plany, mapki, uzgodnienia, pozwolenia i bardzo, bardzo dużo cierpliwości, koszty też znaczne, chociaż redukowałem je jak mogłem robiąc dach, bramę i okno samodzielnie. Miałem nareszcie miejsce do pracy; chociaż cały rok straciłem, to już nie musiałem stresować się, że komuś przeszkadzam – gaszę światło i wychodzę… Gdy wiata była gotowa już nie mogłem doczekać się, aby wreszcie to wszystko połączyć w całość, nie miałem jednak helingu. Wybrałem się więc z synem do tartaku oddalonego o ok. 1 km i na ręcznym wózku przywieźliśmy dwie krokwie 14 cm x 9 cm dł 7,2 m, które zaraz złączyliśmy poprzeczkami w dużą drabinę.

Zacząłem łączyć te puzle w całość, szło opornie, ale do przodu. Drobne problemy rozwiązywałem w myślach przed snem, usypiałem dość szybko, ale rano miałem jakieś rozwiązania.

Gdy szkielet już stał i był stabilny zacząłem pokrywać go listwami, które pociąłem własnoręcznie w czasie budowy wiaty. Drewno miałem suche jak przysłowiowy pieprz, ale jakość nie była najlepsza, dużo odpadło na oflisy i sęki, które musiałem wycinać, szczęście, że kupiłem więcej tarcicy.

Pierwszą parę listew szerszych zrobiłem z dębiny (zostało trochę ze stępki), następne już z sosny. Zacząłem wybierać te najdłuższe, lecz bardzo szybko skończyły się i musiałem niestety sklejać z kilku kawałków (bardzo tego nie lubiłem).Z początku łączyłem listwy skręcając ściskami stolarskimi i zbijając sztyftami – które wykonałem samodzielnie tnąc drut miedziany na odpowiednią długość i ostrząc na szlifierce każdą sztukę, a zrobiłem tego 7kg. Straciłem dużo czasu szukając odpowiedniego materiału, przypadek dopiero sprawił, że byłem w warsztacie napraw telekomunikacyjnych i zauważyłem drut, który był idealny dla moich potrzeb – piękny błyszczący i odpowiedni, musiałem go mieć.

lv08

 

lv51

Gdy listew było więcej, a ściski już za krótkie, wykonałem z płaskownika haki lekko wygięte w łuk z powieszoną na dolnej części cegłą ołowianą – ołów gromadziłem na balast wewnętrzny. Patent zdawał egzamin, tylko musiałem uważać aby nie spadło mi to „ustrojstwo” na nogi, bo musiałbym chyba zmienić wyposażenie jachtu dla inwalidy. Poszywałem i poszywałem, aż skończyłem – chyba dopiero po siedmiu miesiącach. Akurat zrobiła się znów kolejna jesień, zrobiło się zimno i mogłem tylko wycyklinować kadłub oczekując wiosny.

lv42

Zimą nie leniuchowałem, wykonywałem jakieś drobne okucia, saling, ster spawałem z blachy nierdzewnej, którą kupowałem na lokalnych złomowiskach (całkiem ładne kawałki blach za 1/10 ceny). Jedynie balast (wybrałem wersję balastowo- mieczową) zleciłem wykonać, bo w żaden sposób nie mogłem obrobić stali o grubości 30 mm. Profil masztu i bomu kupiłem, zamawiając wcześniej w hucie w Kętach. Okucia masztu i bomu, want i sztagów wykonałem natomiast własnymi siłami tj. młotem i szlifierką (spawy automatem wykonywał spawacz). Myślę że wyszły ładnie, nie różnią się prawie od kupnych, a bilans ekonomiczny dodatni.

ster1

zlew2

B

A

a3

DSC00429

Na wiosnę gdy aura pozwoliła i uzyskałem temp.15°C zacząłem zabudowę wnętrza – koje w forpiku, podwójną na rufie, jaskółki, pomieszczenie wydzielone na ubikacje turystyczną. Ścianki robiłem ze sklejki liściastej III gatunku oklejając laminatem gr.1,5 mm w kolorze mahoniu. W konstrukcji zabudowy zmieniłem jedynie strony koi rufowej i bakisty gdyż jakoś lepiej pasował mi układ kambuza, a nie ma to wpływu na warunki techniczne jachtu. W chwili obecnej wkleiłem kokpit, wyciąłem otwór na trzon steru.

HPIM3467

6

13

16

Tak właściwie wygląda zaawansowanie moich prac w wielkim skrócie, a w chwili obecnej czekam na kolejną wiosnę malując elementy wnętrza lakierem. Gdy tylko będzie to możliwe (temperatura) mam zamiar pokryć kadłub płótnem i matą szklaną, wyszpachlować i pomalować (żywicę i płótno już mam).

a1

 

Na wiosnę rozpocząłem zabudowę wnętrza

Wiem jak wykończę tę moją łódkę, ale nie znam nawet w przybliżeniu daty wodowania, nie planuję, aby nie zapeszyć. Podobnie jak pan Piotr często siadam przyglądając się temu co zdołałem zrobić. W takim letargu mogę trwać nawet 20 min. zanim wyjdę z mojej „drewutni”. Zdaję sobie sprawę ile mnie jeszcze czeka pracy, ale jest to dla mnie w dalszym ciągu duża przyjemność, wszystko od początku robiłem tylko sam, nikt mi nie pomagał i niech tak zostanie. Być może budowa Pasji nie posuwa się w zawrotnym tempie, ale systematycznie idzie do przodu. Znajduję mimo to czas na żeglowanie z rodziną na Venusce przyjaciół.

 

Nie piszę tych słów, aby udowadniać jakie problemy piętrzyć mogą się przed budującym, ale jaką przyjemność dać może budowa, mimo pewnych trudności. Przyjdzie czas, że postawię efekt wieloletniej budowy na wodzie i jeśli nie zatonie od razu, będzie pływała wiele lat rozwiązując problemy spędzania wolnego czasu i wakacji .

fot. Artur Połys

Category: Bez kategorii